Jak to na hali bywało

poniedziałek, 19 maj 2014 09:42

Już w średniowieczu na tatrzańskie hale dotarli Wołosi, którzy przyprowadzili ze sobą stada owiec i kóz. Z czasem pasterstwo w Tatrach urosło do roli symbolu.

Choć w dzisiejszych czasach w Tatrach możemy spotkać się już tylko z kulturowym wypasem owiec, nie zawsze było właśnie tak.  Po polskiej stronie największy wypad owiec zanotowano zaraz po II wojnie światowej. Wówczas na hali przebywało 30 tysięcy sztuk owiec i 3 tysiące krów. Dodatkowo, na potrzeby inwentarzu w Tatrach polskich przebywało około 800 pasterzy, przy 300 szałasach i szopach pasterskich. Kiedy utworzono parki narodowe, pasterstwo stopniowo zanikło, powracając jedynie do Polski w formie kulturowego wypasu.
   
Forma ta zachowuje wszystkie tradycje związane z pasterstwem. Prowadzona jest tylko na niektórych polanach. Wypasem kierują bacowie, wspierani przez juhasów, z pomocą psów pasterskich. Dziś jednak cofniemy się do czasów bardziej odległych, żeby przyjrzeć się specyficznej kulturze, która wytworzyła się wokół zjawiska pasterstwa, swojego czasu o tak dużej skali.
   
Jak to dawniej na hali bywało? Wypas odbywał się bez względu na pogodę. Choć baców nikt nie pilnował, zobowiązali się oni do trybu życia podległego potrzebom wypasu, najczęściej nie opuszczali owiec i bydła w dzień i w noc. Zachowywali też tajemnice bacowskie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Przestrzegali tradycji pierwszego dnia wypasu (redyk – dziewczęta we wsi polewały pasterzy wodą, żeby nie zasnęli podczas wypasu)) i ostatniego (osod). Zagospodarowanie szałasu pasterskiego wymagało przede wszystkim rozpalenia ogniska, które musiało płonąć bez przerwy (watry) i rozłożenie zagrody pasterskiej. Jeżeli wypas wymagał zmiany miejsca, ogień przenoszono w specjalnym naczyniu (dymadle).
   
Codzienne życie na hali składało się z monotonnych czynności. Baca wstawał o 3 rano, żeby mleko z wieczornego udoju przerobić na ser i ugotować żentycę na śniadanie. Po godzinie pracy budził pasterzy, którzy przystępowali do rannego dojenia. Kiedy pasterze wychodzili na wypas, baca ponownie wracał do czynności wyrabiania sera i „przegradzał koszar”, czyli przesuwał zagrodę w nowe miejsce. Następnie gotował obiad (zwykle ziemniaki ze śmietana lub żentycą). W południe pasterze wracali na obiad, a po nim na bliżej położone pastwiska. Baca szykował wieczerzę (znów ziemniaki, żentyca), a następnie sprzątanie wieczorny udój, odpoczynek i znów poranna pobudka. W pracach pomagał bacy młody chłopak, tzw. hulajnik. Sprzątał, mył i wyparzał naczynia.
   
Zawód pasterza czy bacy wymagał wzajemnego zaufania, miłości do gór, zwierząt i wytrzymałości na niedogodności. W związku z siłą charakteru ci, którzy pracowali na hali darzeni byli wszechobecnym szacunkiem.

 

Małgorzata Tomik

Fot. Agnieszka Rosa

Oceń ten artykuł
3.00
2
Zaloguj się, by skomentować