Wokół Kasprowego Wierchu

wtorek, 29 kwiecień 2014 23:04

Kasprowy Wierch jest obok Giewontu najbardziej znanym w Polsce szczytem. Kolejka, która wynosi na niego turystów jest owocem konfliktów, kompromisów i marzeń. Jej przeznaczenie do dziś pozostaje tematem żywych dyskusji.

Dziś bardzo trudno wyobrazić nam sobie inne oblicze Kasprowego Wierchu – takie, gdzie nie istnieje jeszcze kolejka i punkt, gdzie można wzmocnić siły posiłkami pizzerii znanej sieci. Wszystko, co „wyrosło” na szczycie jest urzeczywistnieniem pragnień wielu pokoleń, które posiada zarówno zwolenników, jak i otwartych wrogów. Któż jednak choć raz nie skorzystał z kultowych wagoników kolejki lub nie skusił się na odpoczynek w budynku na szczycie?
 
W historii konstrukcji na Kasprowym Wierchu z dobrodziejstw łatwiejszego dostępu do gór skorzystał między innymi papież Jan Paweł II. Chwila, w której widzimy świat z wysokości wagonika, to jakby nie było możliwość spojrzenia na świat (na góry) z innej, ciekawej perspektywy. Zanim jednak kolejka wyniosła na Kasprowy Wierch człowieka, musiał on najpierw ją samą wydźwignąć na górę na swoich plecach. Każdy element konstrukcji musiał zostać wyniesiony na szczyt przez ludzi, których nazwisk dziś już nie pamiętamy lub w ogóle nie są one znane. Dalsze losy kolejki na Kasprowy i ludzi z nią związanych są obfitujące w różne wydarzenia.
   
Wspomnieć można na przykład, choć niewielu to już pamięta, że podczas drugiej wojny światowej kierownictwo na kolejce objął Niemiec. Nakazano wówczas zdjąć ze ściany budynku wykutego w brązie orła a także tablice, na których widniały przekroje lin nośnych. Gdy polska załoga dowiedziała się o tym, elementy te zostały ukryte w szybach ciężarów napinających. Po wyzwoleniu symbole te zajęły swoje pierwotne miejsce. Podczas okupacji w pamięć zapisały się także inne, znamienne wydarzenia, jak np. wręczenie przez niemieckiego oficera historycznych 20 fenigów konduktorowi, który pieniądzem tym pogardził i wyrzucił. Jak się później okazało, wręczającym był sam Hans Frank, gubernator GG.
   
To tylko urywek w bardzo ciekawej historii kolejki na Kasprowy oraz ludzi z nią związanych. Nie można zapomnieć również o ludzkich istnieniach, które ciężka praca przy konstrukcji pochłonęła. W grudniu 1939 roku, w czasie przeglądu podpór, zginął porwany przez lawinę konserwator Bryja (stąd dzisiejsza nazwa Żlebu Bryi). Trzy lata później podczas przeglądu pracy rolek wagonowych życie stracił konduktor Roszek, gdy usłyszawszy ich nieregularną pracę wyszedł na dach wagonika, skąd został strącony przez podporę, którą właśnie wagonik mijał. Podobne okoliczności doprowadziły do śmierci konduktora Gazdy; przy wymianie liny w 1956 roku zginął konduktor Miller. Obsługa kolejki angażowała prace bardzo zgranego zespołu, który zajmował się kolejką nie tylko w dobrych czasach ale tez w takich, gdzie pracownikom okresowo nie wypłacano zarobków. Zespół łączyło przywiązanie do Tatr, wiatru i górskiego żywiołu. Do dziś co roku, 8 maja, załoga Kasprowego obchodzi swoje nieoficjalne święto.

Korzystając dziś z kultowej kolejki można wspomnieć o ludziach, którzy związali się ściśle z ekstremalnymi warunkami pracy przy obsłudze konstrukcji, a idea podtrzymywania i ulepszania samej konstrukcji przetrwała do czasów obecnych. Dziś stan techniczny kolejki jest ściśle kontrolowany technicznie i jest ona bezpieczna. Dla turystów funkcjonują nowoczesne, regularnie konserwowane wagoniki.  Pamiętajmy jednak, że jak każda idea, która obraca się w rzeczywistość, kolejka powstała nie bez poświęceń ludzi pasji, którym należy się szacunek i wdzięczność.

 

Małgorzata Tomik

Fot. Małgorzata Tomik

Oceń ten artykuł
5.00
2
Zaloguj się, by skomentować