Rocznica wypadku Wicentego Birkenmajera

piątek, 13 grudzień 2013 18:12

Mówi się, że zawrócić to żaden wstyd. Odwieczna chęć pokonywania własnych słabości i bicia rekordów czasem bywa jednak silniejsza. Cena jaką należy zapłacić w górach za brak umiaru jest najwyższa. Prawo to nie jest łaskawe nawet dla najlepszych.

Wypadek na Ganku

W kwietniu 1933 roku przekonał się o tym jeden z najwybitniejszych taterników tamtych czasów, Wincenty Birkenmajer. Ten niezwykle utalentowany wspinacz postanowił wówczas podjąć próbę pierwszego zimowego przejścia wschodniego filaru Ganku. Miał on już na koncie wiele tatrzańskich i alpejskich sukcesów, w tym dziewicze przejście owego filaru w warunkach letnich, trzy lata wcześniej. Można więc powiedzieć, że był odpowiednią osobą, nadającą się do podjęcia takiej próby.

Próby jednak niełatwej. 800-metrowy, niezwykle stromy filar Ganku w warunkach zimowych wydawał się przerażający. Jego zdobycie o tej porze roku na pewno pozostałoby na długie lata niedoścignionym rekordem taternickim. Pokonanie tej drogi wymagałoby jednak posiadania żelaznej kondycji i dobrego partnera. I na tym etapie Birkenmajer nie popełni jednak błędów. Ze schroniska w Dolinie Roztoki wyruszył z nim Stanisław Groński – taternik i alpinista wysokiej klasy.

Wydaje się, że co innego zadecydowało o takim, a nie innym rozwoju wypadków. Birkenmajer miał już 34 lata i spodziewał się, że jego kariera taternicka niedługo dobiegnie końca. Wschodni filar Ganka zimą miał być jego ostatnim sukcesem. To wywołało u sportowca niezwykłe parcie na sukces, wręcz nielogiczne, nierozsądne i jak się okazało – tragiczne w skutkach.

Birkenmajer na co dzień mieszkał w Poznaniu. Podróż do Zakopanego wymusiła na nim konieczność spędzenia dwóch nocy w pociągu. Jako że nie był on człowiekiem zamożnym, podróżował trzecią klasą, w marnych warunkach, część drogi na stojąco. Mimo to, bezpośrednio po przyjeździe taternik i jego towarzysz ruszyli do schroniska w Dolinie Roztoki, i jeszcze tego samego dnia przedarli się do Doliny Kaczej, gdzie rozbili biwak.

Nocleg polowy w warunkach zimowych nie pozwolił Birkenmajerowi wystarczająco odpocząć. Rano zaczął wymiotować, krwawić z nosa, skarżyć się na różne bóle. Jego towarzysz zaproponował rezygnację lub chociaż przełożenie próby, ale Birkenmajer całkowicie to zignorował. Jeszcze kilka razy Groński, widząc słabość partnera, namawiał go do odwrotu, ale nic nie osiągnął. Birkenmajer był bardzo zdeterminowany i bardziej doświadczony od Grońskiego, toteż ten musiał w końcu ustąpić.

Finał tej historii jest tragiczny. Po kilku dniach spędzonych w skale walka o zwycięstwo przerodziła się w walkę o życie. Birkenmajer słabł w oczach, ale gdy zgodził się na odwrót, taternicy znajdowali się już w bardzo trudnym terenie, trawersując w coraz to gorszych warunkach pogodowych arcygroźne urwisko Galerii Gankowej. W końcu Birkenmajer upadł i nie dał rady iść. Towarzysz ciągnął go jeszcze jakiś czas za sobą, aż wreszcie zorientował się, że ciągnie trupa. Wówczas porzucił zwłoki i, nie bez problemów, „przerzucił się” na drugą stronę grani przez Rumanową Przełęcz i dalej do Popradzkiego Stawu po pomoc.

Warto dodać, że wyprawa po zwłoki Birkenmajera była jedną z najtrudniejszych operacji w historii ratownictwa tatrzańskiego. Brało w niej udział 10 polskich i 7 czechosłowackich ratowników. W fatalnych warunkach, w bardzo eksponowanym terenie, transportowanie zwłok zagrażało zdrowiu i życiu toprowców. W pewnym momencie cudem udało się uniknąć tragedii. Ciało Birkenmajera zsunęło się na całą długość liny i zatrzymało się niebezpiecznie blisko przepaści, przez co mogło pociągnąć za sobą ratowników…

Krzysztof Barcik

Fot. Piotr Oramus

Poprzednia część: Historia wypadków, cz. VII
Następna część: Historia wypadków, cz. IX

Oceń ten artykuł
5.00
12

1 komentarz

  • Termet sobota, 18 kwiecień 2015 16:31 napisane przez Termet

    Historia ciekawa, szkoda, że tak tragicznie zakończona...

Zaloguj się, by skomentować