91 lat od tajemniczej tragedii w Dolinie Jaworowej

sobota, 23 listopad 2013 13:34

3 sierpnia 1925 r. na stosunkowo prostej drodze w Dolinie Jaworowej rozegrała się jedna z największych tragedii w historii turystyki tatrzańskiej. Do dziś nie wyjaśniono jej przyczyn. Co więcej, brak choćby jednej, spójnej hipotezy…

Wypadek w Dolinie Jaworowej

Tego dnia w Schronisku Teryego spotkały się dwie grupy turystów. Małżeństwo Kaszniców z 12-letnim dzieckiem oraz ekipa doświadczonych taterników: bracia Szczepańscy, Stanisław Zaremba i Ryszard Wasserberger. Obydwie grupy różniło wszystko – znajomość gór, możliwości kondycyjne i dotychczasowe osiągnięcia. Mimo to wyruszyli razem. Prokurator Kasznica uprosił Wasserbergera o pomoc w przejściu stosunkowo łatwej, ale długiej i wyczerpującej trasy ze schroniska na Lodową Przełęcz i dalej Doliną Jaworową do Łysej Polany i Zakopanego.

Miał to być rutynowy powrót do domu. Pogoda w ostatnich dniach była burzowa, zaś potem w krótkim czasie ochłodziło się i lunął deszcz. W takich warunkach obydwie grupy wyruszyły ze schroniska. Kasznica od początku miał problemy z podchodzeniem. Słaby kondycyjnie człowiek odstawał nawet od swojej małżonki i syna, o taternikach nawet nie wspominając. Jedynie Wasserberger czuł się odpowiedzialny za mniej doświadczonych towarzyszy. Pozostali koledzy byli wyraźnie niezadowoleni ze słabego tempa.

Wreszcie, nieopodal przełęczy wzięli oni Wasserbergera na stronę i zasugerowali, że trójka ruszy do przodu, a jeden pozostanie rodziną Kaszniców. Wasserberger zgłosił się na ochotnika. Złamano w ten sposób podstawową zasadę turystyki górskiej, mówiącą o tym, ażeby wycieczkę kończyć zawsze w tym samym składzie, w którym się ją rozpoczęło, nie tracąc towarzyszy przynajmniej z zasięgu wzroku.

Tak czy inaczej Szczepańscy i Zaremba ruszyli dalej, spokojnie docierając do Zakopanego. Po trzech godzinach podejścia Kasznicowie i Wasserberger zameldowali się na przełęczy. Zajęło im to bardzo dużo czasu. Drogę z „Terinki” na Lodową ocenia się na półtorej godziny marszu. Dodatkowo na siodle w turystów uderzył lodowaty, huraganowy wręcz wiatr. Wasserberger zachęcił pozostałych do zwiększenia tempa, słusznie przewidując, że w miarę utraty wysokości, temperatura będzie rosła, a wiatr będzie słabł.

Na zejściu dziecko Kaszniców zaczęło skarżyć się na problemy z oddychaniem. Matka wzięła jego plecak, a ojciec pomagał mu iść. W ten sposób wszyscy dotarli w rejon Zadniego Stawu Jaworowego. Wydawać by się mogło, że najgorsze mieli za sobą i pozostawała tylko nieco przydługawa, lecz bezpieczna wędrówka dnem doliny.

Nagle prokurator Kasznica usiadłszy na kamieniu, powiedział: „Jestem bardzo zmęczony. Dalej iść nie mogę…” Jego małżonka natychmiast podeszła do Wasserbergera poprosić o pomoc. Wówczas usłyszała zupełnie zaskakującą odpowiedź: „Czuję się także bardzo słaby. Z całego serca pomógłbym pani, ale doprawdy nie mogę…” On, doświadczony taternik, który miał już na koncie już sporo przejść i to w skrajnie trudnych warunkach, nagle zaniemógł na stosunkowo prostej trasie…

Kobieta postanowiła zaprowadzić syna i Wasserbergera pod wielki głaz, stanowiący osłonę od wiatru. Napoiła ich koniakiem, dała czekolady. Podeszła do męża, który był półprzytomny i nie mógł wstać. Jemu również podała alkohol, lecz nie mogąc dowlec go do głazu, postanowiła porzucić ten pomysł i wrócić do Wasserbergera. Taternik był już umierający – majaczył, próbował stać i iść. Kasznicowa siłą zmusiła go do pozostania na miejscu, po czym wróciła do męża. Ten był już martwy… Pobiegła więc z powrotem pod głaz. Zastała już tylko martwego syna, a kilka metrów obok zwłoki Wasserbergera…

Kobieta spędziła półtorej dnia i dwie noce przy martwym mężu, synu i przewodniku. Nadal pozostając w szoku, postanowiła zejść do Łysej Polany. Tam zupełnie przypadkiem spotkała byłego już wówczas naczelnika TOPR, Mariusza Zaruskiego. Ekspedycja pogotowia wysłana została natychmiast.

Mimo iż znamy dokładny przebieg zdarzeń przekazany przez Kasznicową, która powróciła do zdrowia, zagadką pozostaje to, co przytrafiło się trójce jej towarzyszy. Podejrzewano trzy niezależne od siebie zawały serca (w tym u dwunastolatka), a nawet trąbę powietrzną. Nikt jednak nie sformułował logicznych wniosków. Wybitny taternik, Roman Kordys, mówił o zgubnym wpływie alkoholu na wyczerpany, mający problemy z oddychaniem organizm. Fakt, tylko Kasznicowa, która przeżyła, nie piła koniaku. Jednakże z drugiej strony tylko jej syn narzekał na duszności. Pozostała dwójka do ostatnich chwil była w stanie mówić, majaczyć, nie miała objawów odcięcia dopływu powietrza do płuc. Dlaczego więc zginęli? Wydaje się, że odpowiedź na to pytanie na zawsze już pozostanie tajemnicą gór…

Krzysztof Barcik

Fot. Krzysztof Barcik

Poprzednia część: Historia wypadków, cz. V
Następna część: Historia wypadków, cz. VII

Oceń ten artykuł
4.65
15

1 komentarz

  • Mateusz poniedziałek, 09 luty 2015 21:48 napisane przez Mateusz

    moze koniak był zatruty?

Zaloguj się, by skomentować