Wielkie zauroczenie

środa, 25 styczeń 2017 11:50

Pamiętam to bardzo dokładnie. Co ciekawe, to nie było moje pierwsze spotkanie z Tatrami. Jeden wyjazd sprawił, że znalazłam miejsce, które już chyba zawsze będzie mnie przyciągać.

Większość z nas słyszała cytat Stanisława Zielińskiego: "Widziałem góry większe, wspanialsze i bardziej majestatyczne. W góry piękniejsze od Tatr jednak nie wierzę." Te słowa zawsze brzmiały dla mnie nieco patetycznie. Z romantyzmem w górach nie ma co przesadzać. Myślałam – na świecie jest tyle miejsc do odkrycia, są góry wyższe, widoki bardziej spektakularne, pięknie egzotyczne, zadziwiające. Tatry to Tatry. Warto je doceniać, ale nie ma co przejaskrawiać ich znaczenia, kiedy na odkrycie czeka reszta świata. Aż w końcu zrozumiałam, że nie o to Zielińskiemu chodziło.

Pamiętam bardzo dokładnie wyjazd w Tatry, podczas którego totalnie mnie zauroczyły. Choć jako dziecko rodzice zabrali mnie (klasyka) nad Morskie Oko, choć na początku studiów wlazłam na Grzesia, później na Małołączniak, to nie czułam jeszcze tego znanego górołazom impulsu, który nabrał na sile trochę później. Dzisiaj wydaje mi się, że impuls ten powstał w momencie, kiedy trafiłam w końcu w Tatry Wysokie. Razem z koleżanką i dużo za dużym plecakiem kilka dni spędziłam na grani Tatr Zachodnich. Wsłuchiwałam się w rykowisko jeleni w Schronisku na Hali Ornak, potem ruszyłyśmy na Giewont, by ostatniego dnia zdobyć mój pierwszy szczyt Tatr Wysokich – Kościelec.

Dzisiaj wchodzę na niego drogami wspinaczkowymi, wtedy wejście turystyczne było dla mnie wielkim osiągnięciem i próg przedszczytowy wydawał się naprawdę trudnym wyzwaniem, zwłaszcza psychicznie. Pamiętam, że na szczycie ptaki siedziały na wysokości ludzi i nic sobie nie robiły z ich obecności. Poczułam, że to miejsce jest wyjątkowe. Po zejściu wiedziałam, że chcę po kolei przechodzić te szlaki, chcę być tam, u góry, spojrzeć na otoczenie z innej perspektywy. Zakochałam się.

Po tym kilkudniowym wyjeździe Tatry stały się dla mnie oazą, czystym obrazem natury, wyzwaniem, towarzystwem i samotnością. Dzisiaj, kiedy w drodze pod ścianę w pośpiechu przechodzę przez doliny, myśląc czasem o opcji teleportacji ;) przypominam sobie ten stan, który turysta tatrzański odczuwa najintensywniej na początku górskiej przygody. Zauroczenie. I tak, Panie Zieliński. Mimo szybszego kroku na mniej wymagających szlakach reszta się nie zmienia. Ma Pan rację. To wszystko, co przeżyliśmy w Tatrach i co jeszcze w nich przeżyjemy, to wszystko TAM jest…

Małgorzata Tomik

Fot. Małgorzata Tomik

Oceń ten artykuł
4.20
10
Zaloguj się, by skomentować