Legendy taternickie

środa, 08 czerwiec 2016 10:47

Świat gór różni się znacząco od tego mieszczącego się u ich stóp. Ludzie którzy pokochali go pełną pasją zwykli mówić „od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie”.

To nie po śmierć idziemy w Tatry, ale perspektywę nieprzewidzianego wypadku od lat staramy się sobie oswoić. Jak przystało na coś „niewiadomego”, zbliżamy się do niej z czarnym poczuciem humoru, z dystansem. Nie znając prawdy, albo też starając się nadać jej jakiś sens, mówimy o niej językiem legend. Ściany schronisk nasłuchały się setek historii – tatrzańskich przypadków i opowieści doświadczonych taterników. Jedne z nich są prawda, inne cóż, legendą, nasączoną nutą fantazji, ale czasem też nutą realizmu. Taternicy wybierając się na trudną drogę ufają swoim możliwościom i doświadczeniom. Ci z nich, którzy w górach szukają nie tylko wyzwań sportowych, ale też mistycyzmu, kontaktu z cudem natury bywają… przesądni.

Czarny motyl

Ten znany przesąd górski rozpropagował Jan Długosz. Wybitny wspinacz, utalentowany pisarz. W jego zbiorze opowiadań „Komin Pokutników” spotykamy wielką fascynację górami, które ukazuje on jako piękne, pełne metafizyki i czających się otchłani. Przez pióro Długosza przebija jednak fatalizm. Nie wiadomo do końca, czy on sam bezwzględnie liczył się z przesądami, o których pisał. Czarny motyl pojawia się w jednym z długoszowych opowiadań. Jak ponoć podaje stara legenda góralska, kiedy zimą widzi się w czarnego motyla, to znak że w tej samej chwili w górach umiera człowiek. Taternicy odczytują więc pojawienie się zimą tego czarno skrzydlatego owada jako zły znak. Latem, kiedy widok motyla jest dosyć częstą okolicznością, odczytuje się jego pojawienie nieco inaczej. Podobno – jeżeli podleci do grani i odwróci kierunek lotu, to znak, ostrzeżenie, że dalej czeka na nas niebezpieczeństwo. Jeżeli śmiało przeleci w poprzek grani, zwiastuje powodzenie akcji górskiej.

Czarna Dama i inne duchy gór

Motorem napędzającym powstanie legend była śmierć. Powtarzające się wypadki w danym rejonie budziły niepewność, spekulacje… O Zamarłej Turni napisano wiele, ale nikt nie ujął jej natury tak jak Żuławski pisząc: „Wprost od północy zagrodzą Ci drogę płyty urwiska, pionowo opadające na piargi doliny. Bije od nich niedostępność, surowa potęga i groza. Bije zuchwała pewność swej mocy. Któż by się poważył atakować ten nieprzebyty mur? Jakiż śmiałek powierzyłby swe życie tym odstraszająco gładkim zerwom?”. Początki zdobywania ściany, która dziś uchodzi za stosunkowo łatwą na wielu prowadzących przez nią drogach, były pełne wypadków doświadczonych ludzi gór (jak choćby siostry Skotnicówny). Po jakimś czasie coraz większym echem odbijały się od kolejnych uszu podania, jakoby pod Zamarłą grasowała zjawa. Nie była to zjawa byle jaka, przeciętna i podobna do innych. O jej wyjątkowości stanowiło to, że była widywana w nietypowych dla zjaw porach, np. w samo południe. Złośliwa dama podobno strąca taterników w przepaść, prosto na śmierć. Z czasem zaczęto dopowiadać, że każdy, kto zginął na Zamarłej Turni widział ją przed samą śmiercią. Co rozsądniejsi zaczęli się zastanawiać czy aby to nie Dama, a strach przed nią strącał nieszczęśników w otchłań.

Kobieta rzekomo była w średnim wieku, jej twarz spowijała czarna woalka. Ubrana była w – oczywiście – czarną, pociągłą suknię. Niektórzy zaczęli podejrzewać, że legenda narosła po śmierci Bronikowskiego, gdyż jego matka będąc w żałobie często przesiadywała pod ścianą Zamarłej Turni, gdzie zginął jej syn. Mitowi czarnej damy zaczął przeciwdziałać sam Długosz, w swoim opowiadaniu „Flirt z Czarną Panią” przytacza on zupełnie inny obraz naszej zjawy. Sądził on, że Czarna Pani jest dobrą zjawą, uczynną, aczkolwiek biedna zbiera cięgi za każde nieszczęśliwe zdarzenie mające miejsce w okolicy Zamarłej.

Wracając do nieszczęsnego Bronikowskiego, po jego śmierci za sprawą legendy również nadano mu status tatrzańskiej zjawy. Pewne opowiadanie taternickie mówi: „otóż pewnego dnia, w kilka lat przed wojną pewien turysta wyruszył z Doliny Pięciu Stawów Polskich do Morskiego Oka. Za drogę obrał sobie Przełęcz Szpiglasową. Szczęścia chłopaczyna nie miał- widmo zbliżającej się burzy zaczęło snuć się nad nim niczym złowrogi całun z czarnych chmur. Kto przeżył burzę w górach ten wie, że pomruki ciskających coraz bliżej piorunów przeradzają się w odbijane echem od skalnych ścian huki przeszywające na wskroś. Nie pozostało turyście nic innego jak duszę złożyć na ramię i iść w coraz to bardziej pochłaniającej okolicę ciemności. Gdy dotarł na Przełęcz ciemność spowiła już cały krajobraz. Wtedy ujrzał zbliżające się do niego światełko. „Dobry wieczór, czy mogę Panu towarzyszyć?”- odezwał się przybysz.

Turysta się zgodził, wszak towarzystwo w takich okolicznościach to poskromienie szepczącego do ucha strachu. Była jednak jedna rzecz, która nieco dziwiła w tajemniczym przybyszu – jego ubiór. Trochę staromodny, jakby nieadekwatny do ówczesnych czasów, źródło światła zaś jakby górnicza latarenka, kanciasta jakaś. Poszli. W pewnym momencie przybysz zatrzymał się, wskazał ręką Mnicha i rzekł: „Pan wybaczy, muszę Pana teraz opuścić, ponieważ wybieram się na Mnicha.” Turysta nie potrafił ukryć swojego zdziwienia. O tej porze, w tę pogodę na Mnicha?! Czy on oszalał? Wyczuwając tę konsternację tajemniczy przybysz odezwał się z te słowa: „Ach, proszę wybaczyć, zapomniałem się przedstawić! … Bronikowski jestem”- powiedział wyciągając dłoń na przywitanie”.

Małgorzata Tomik

Fot. Małgorzata Tomik

Oceń ten artykuł
5.00
3
Zaloguj się, by skomentować