Nie-byle-jakość

środa, 18 listopad 2015 12:39

Plagą dzisiejszych czasów jest „bylejakość”. To stwierdzenie jednego z profesorów zapamiętałam jeszcze ze studiów. Jest jedną z najbardziej wartościowych myśli, które z tego okresu wyniosłam. I która ze mną została.

Standardy

Dzisiejsze czasy oferują masę doświadczeń, z których większość jest płytka i krótkotrwała, a ich, wydawałoby się, intensywny smak jest tak samo trwały jak tęcza (bez podtekstów) która znika tak szybko, jak się pojawiła i ulotny jak zapach perfum ludzi mijanych w tłumie. „Kruchy lód, cienkie szkło” oddziela stan chwilowej euforii i zadowolenia od szarej codzienności, od której uciekamy, zamiast przekształcać ją w COŚ LEPSZEGO. Kupujemy proste hasła, wierzymy w to, co nam akurat odpowiada, podświadomie wciąż będąc gotowymi na kłamstwa, których spodziewamy się tylko dlatego, że bylejakość dopuszcza je jako standard.

Bylejakość, w której standardem jest być byle-jakim jest matką wszelkich możliwych wymówek, które jesteśmy w stanie sobie wyobrazić w tak wymyślnych opakowaniach, o jakich nam się nawet nie śni. Paradoksalnie, im bardziej wybierasz z bylejakości patent, żeby stać się „jakiś”, tym bardziej pozostajesz w bezruchu. Dla przykładu: na szkoleniach motywacyjnych usłyszysz od 23 letniego „człowieka sukcesu”, że „wystarczy chcieć”. Ty wyjdziesz zadowolony z planem postępowania i „chcenia”, on wyjdzie zadowolony z pieniędzmi w kieszeni. Masz plan, że weźmiesz się za siebie i hmmmm… niech będzie: zaczynasz uprawiać sport. Wybierasz rozwój osobisty… ale do pierwszego potu, który w dzisiejszych czasach jest wskaźnikiem zmęczenia. Czynność odhaczona, krok do przodu. Potem kilo ciastek, którymi „uzupełniłeś to, co spaliłeś”. Krok do tyłu. Nie szkodzi. Zawsze możesz wejść w Internety i przeczytać to, czego aktualnie potrzebujesz dla pielęgnacji swojego ego. Już nie trzeba „chcieć”. Teraz trzeba akceptować siebie ze wszystkimi swoimi wadami. Uwaga, to ważne: no i oczywiście że trzeba, ale jako punkt wyjścia, nie usprawiedliwienie.

Na co dzień karmisz się „ogłuszaczami”. Alkohol i imprezy czarują świadomość i otumaniają emocje. Gry i telewizja zajmują się ciągiem twoich myśli, który na skutek stale dostarczanych bodźców nie ma czasu na samodzielne „dryfowanie”. Bez telefonu czujesz się nieswojo. W ciszy tracisz pewność siebie. Nie daj Boże zostaniesz sam z własnymi myślami i będziesz musiał zająć się sobą. W pracy funkcjonujesz według określonych zasad, realizując plan firmy stajesz się wartościowym człowiekiem. W życiu osobistym jeżeli coś zaczynasz, jeżeli czegoś chcesz, ale się nie udaje, szybko porzucasz ten kierunek szukając ukojenia w innych ludziach lub w tonie byle-jakiej rzeczywistości, oglądając reality show o współczesnych postaciach z plasteliny myśląc sobie: „ale to jest głupie”. I jako osoba na wpół dowartościowana, na wpół poszukująca w tym momencie jesteś wyżej, niż ta bylejakość, śmiejąc się hahahha. Tylko to nie jest nawet śmiech Stańczyka, ale przekorna zgoda na taki-jakiś stan rzeczy.

Działanie

Każdy człowiek ma w sobie choć chęć rozwoju osobistego, którego nie da się zagłuszyć. Rzecz w tym, że kiedy efekty nie są szybkie, wydaje nam się że coś robimy źle, że do czegoś się nie nadajemy. A bylejakość serwuje nam całą paletę wymówek, z których chętnie korzystamy. Rzecz w tym, że każdy człowiek musi siebie samego rozgryźć, tak jak rozgryza się orzech. To nie jest łamanie siebie, ale odkrywanie sedna. Niestety, czasem bolesne. A my, przyzwyczajeni do wysiłku „do pierwszego bólu” szybko się wycofujemy. To oczywiste, że mamy swoje bariery. Potrzeba lat, żeby je przesuwać, ale czy wyjście poza bylejakość nie jest tego warte? Wyobraźmy sobie ludzi, każdego w swojej życiowej roli: matkę dziecka, rolnika, dziennikarza, kominiarza, sportowca realizujących się i dążących do swoich celów, a nie lawirujących po najniższej linii oporu. Jeżeli chcesz coś robić, staraj się robić to coraz lepiej. Takie postępowanie realizowane powszechnie nie tylko w pracy nad sobą, ale też w aktualnej roli w której się znajdujesz, stworzyłoby sieć ludzi ZADOWOLONYCH – wsłuchanych w siebie, z umiejętnościami i cechami, którym można zaufać. Czujecie to?

I jeszcze jedno. Fragment wywiadu z Krzyśka Walasek z Janem Muskatem, Dni Lajtowe 2005 r.

„(…)Jako młody bawiłem się w lekkoatletykę, w bieganie, ale to wszystko była taka chłopięca zabawa. Troszkę kulturystyki ćwiczyłem przez jakiś czas, miałem z kolegami zrobione sztangi... I podciągałem się. Ale tragedią moją było to, że mając silne ręce, w ścianie paraliżował mnie strach. Miałem normalny lęk przestrzeni, który później wyleczyłem. Na jednej ręce podciągałem się nawet; na dwu — 30 razy, a szóstkowej drogi nie mogłem zrobić. Wszystko rozgrywa się w głowie! Ja to widzę po klientach, po sobie samym. To polega na tym, że jeżeli odpuści cię strach, to okazuje się, że płyniesz po tej skale.

Na początku miałem słabą technikę. Przyjaźniłem się z Ryśkiem Malczykiem i jeździłem powtarzać jego drogi, które miały już więcej niż VI czy VI+, a za cholerę nie mogłem ich zrobić. Wreszcie wypracowałem technikę, stawiałem lepiej te swoje kikuty i w końcu lepiej się wspinałem”.

Dziś Jana Muskata uważa się za jednego z najwybitniejszych wspinaczy tatrzańskich. Wielu nazywa go „Królem Tatr".

Małgorzata Tomik

Fot. Małgorzata Tomik

Oceń ten artykuł
5.00
2
Zaloguj się, by skomentować