Rysy od zera

niedziela, 02 listopad 2014 22:40

„Droga” to jedno z najbardziej wieloznacznych słów, jakie można sobie wyobrazić. Każdy z nas pokonuje inną: krótszą, dłuższą, różnie motywowaną; samochodem czy pieszo, podążając naprzód. Anna i Wiktor Jesionek wybrali drogę zupełnie wyjątkową.

Anna i Wiktor są doktorantami z Gdańska. Kilka lat temu poznali się na rajdzie studenckim – w tym roku swoją znajomość i uczucie przypieczętowali, biorąc ślub. Wspólne piesze wędrówki weszły im w nawyk. W czasach studenckich po szlakach Pomorza i górskich przeszli razem ponad 2000 km, między innymi w ramach akademickiej grupy rajdowej „Na Czarnej”. Po ślubie, zamiast klasycznego wyjazdu za granicę, najpierw postanowili zrobić coś... innego. Kolokwialnie mówiąc, postanowili „się przejść”. Dystans, jaki pokonali, to prawie 1000 km od Helu aż na szczyt Rysów. Od poziomu morza, aż po najwyższy szczyt Polski (Hel 0 m n.p.m.; Rysy 2499 m n.p.m.). Udało im się.

Wanderlust, znaczy zew drogi

Małgorzata Tomik: Trzeba mieć mocne nogi i dobry plan, żeby podjąć się takiego przedsięwzięcia. Skąd wziął się pomysł i motywacja, żeby pokonać tak długi dystans wyłącznie na piechotę?

Wiktor Jesionek: Plan nie był specjalnie skomplikowany: przejść przez całą Polskę z północy na południe. Z Helu do Częstochowy postanowiliśmy iść z pielgrzymką. Z punktu widzenia całej wyprawy, zaletą takiego rozwiązania było znaczne ograniczenie kosztu, noclegi i wikt otrzymywaliśmy bowiem dzięki życzliwości ludzi. Nie mniej znaczącym czynnikiem była oszczędność czasu. Na pokonanie tego samego odcinka bez grupy potrzebowalibyśmy przynajmniej tygodnia więcej, ze względu na konieczność szukania noclegów. Co kilka dni musielibyśmy się zatrzymać, poświęcając dzień na przepierkę i odpoczynek. Kto wędrował z namiotem, wie, że rozbicie i zwinięcie się z biwaku trwa ok. 3 godzin – idąc z pielgrzymką, ten czas można było przeznaczyć na marsz.

Anna Jesionek: Zależało nam, żeby początkowy etap wyprawy przebyć razem z pielgrzymką - każde z nas chciało przejść taką drogę choć raz w życiu. Pochodzę z kaszubskiej rodziny i wybór padł na najdłuższą w Polsce Pieszą Pielgrzymką Kaszubską, rozpoczynającą się w Helu. Tym sposobem upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu.

WJ: Nasza trasa przebiegała kolejno przez Kaszuby, Kociewie, Bory Tucholskie, Kujawy, Wielkopolskę, Ziemię Sieradzką, Śląsk, Małopolskę, Beskidy, Podhale i Tatry. Odcinek z Częstochowy do Krakowa pokonaliśmy, wędrując szlakiem Orlich Gniazd, a dalej już różnie: szlakami i zwykłymi drogami, tak, aby jak najszybciej dojść w Tatry. Naszym zamierzeniem nie było dokonanie „wielkiego wyczynu”. Zresztą, taka wędrówka wyczynem nie jest, bo wyczyny to osiągnięcia niezwykłe, na miarę co najmniej dużej sali na „Kolosach”. Nasza wędrówka mieściła się raczej w ramach turystyki i była dla nas nieco dłuższym rajdem od tych, na które zwykle chodzimy. Przed wyjazdem, przeszukując Internet, znalazłem informację, że nasz dobry znajomy, Kuba Terakowski pokonał podobną trasę w 2006 roku, idąc pieszo z Gdańska na Rysy. Jak się okazało, nasz pomysł nie był więc całkowicie nowatorski. My jednak, w przeciwieństwie do Kuby, nie zdecydowaliśmy się na skrócenie niektórych odcinków komunikacją miejską. Naszą podstawową zasadą było pokonanie całej trasy na piechotę. Z transportu kołowego korzystaliśmy czasem w przypadku dojazdów i powrotów z noclegów. Zawsze następny dzień wędrówki zaczynaliśmy jednak dokładnie z tego samego punktu, w którym zakończyliśmy poprzedni. Prawdopodobnie było to pierwsze takie wejście na Rysy od zera: krok po kroku, metr po metrze. Być może ktoś inny tego przed nami już dokonał, jednak nie znaleźliśmy o tym informacji.

AJ: Do wędrowania motywować nas nie trzeba było, chyba mamy to w genach… Ta forma aktywności umożliwia baczną obserwację otoczenia, kontakt z naturą i mijanym człowiekiem spotykanie ciekawych ludzi. Idąc, zależni jesteśmy właściwie tylko od swych sił i chęci. Dla chcącego podążać dalej, nawet warunki atmosferyczne nie są przeszkodą. No, może poza górami – w tym przypadku niezbędna jest większa rozwaga.

WJ: Gdy wokół ładna pogoda, a przyroda i ludzie wokół uśmiechają się przyjaźnie, to po prostu chce się iść, zobaczyć, co jest za kolejnym zakrętem, zaspokoić ciekawość, jakiż to krajobraz ujrzy się za horyzontem. Myślę, że naszą przypadłość można określić słowem zapożyczonym z języka niemieckiego, chyba dziś zapomnianym, ale oddającym sedno: „wanderlust”. Zew drogi.

W kraju życzliwych ludzi

MT: Nie mieliście problemu ze znalezieniem noclegu „z dnia na dzień”?

WJ: W pierwszym etapie drogi, podczas wędrówki z pielgrzymką, nocleg zapewniali nam ludzie, którzy przyjmowali nas z serdecznością i otwartością. Od Częstochowy do Krakowa nosiliśmy co prawda namiot w plecaku, ale baza noclegowa przy Szlaku Orlich Gniazd okazała się na tyle dobrze rozwinięta, że nie mieliśmy problemu ze znalezieniem niedrogiego noclegu. Za Krakowem korzystaliśmy już tylko ze schronisk. Jedynie w Tatrach mieliśmy problem z noclegiem i tylko tam dzwoniliśmy na kilka dni wcześniej, rezerwując dwie noce. Również w mapy zaopatrywaliśmy się na bieżąco: w punktach informacji turystycznej i sklepach. Nie chcieliśmy nosić ze sobą zbędnego ciężaru. Na pewno w pamięci zostanie nam życzliwość i gościnność ludzi spotykanych na trasie – to temat, o którym moglibyśmy wiele powiedzieć, np. gospodarz schroniska „Kudłacze”, który przyjął nas bardzo gościnnie, piekarz, który na naszą prośbę o sprzedanie dwóch drożdżówek dał nam za darmo siatkę pączków, mówiąc, że „niestety” nie ma już drożdżówek. Gospodarz z Podhala, pan Stasiek, który zaprosił nas do domu „z drogi” na posiłek... Po takiej wędrówce możemy powiedzieć, że Polska jest krajem życzliwych ludzi.

MT: Czy po drodze pojawiły się jakieś przeszkody?

AJ: Niespodziewaną przeszkodą okazała się choroba Wiktora, a przez to dłuższy niż zamierzony postój w Częstochowie. Innym stresującym czynnikiem był upływający czas – wędrówkę rozpoczęliśmy 25 lipca, a na początku września musiałam być już w Trójmieście.

WJ: Bywało, że pogoda utrudniała wędrówkę. Drogę zgubiliśmy właściwie tylko raz i musieliśmy się wracać, straciliśmy przez nasze gapiostwo godzinę. W trakcie pielgrzymki bywały też takie momenty, że trudno było nam znieść atmosferę, nadmiar decybeli płynący z głośników. Nie było za to przeszkód, które powodowałyby zwątpienie. Wierzyłem, że mamy siły, aby dojść w Tatry, obawiałem się jedynie o to, czy starczy nam czasu.

MT: Jakie przygotowanie kondycyjne konieczne jest do podejmowania dróg długodystansowych?

WJ: Nie mamy budowy herosów, nie byłem też klasowym czempionem na lekcjach wuefu. I ja, i żona jesteśmy jednak wytrzymali i wyrobiliśmy w sobie zdolność do długotrwałego wysiłku. Przez 8 lat prowadziłem akademicką grupę turystyczną, zorganizowałem ponad 70 rajdów. Myślę, że to doświadczenie naturalnie przekuło się w zdolność wędrowania i planowania drogi. Turystyczne rzemiosło szlifowaliśmy w różnych warunkach np. podczas długodystansowych wędrówek wybrzeżem naszego ukochanego Bałtyku, zimowych wędrówek ze Studenckim Kołem Przewodników Turystycznych z Gdańska czy nocnych imprez na orientację.

AJ: Uważam, że wybranie się przynajmniej raz w miesiącu na dłuższy, 30-kilometrowy spacer, jest pomocne w utrzymaniu kondycji długodystansowca. Oprócz tego, najlepiej wszędzie, gdzie się da, chodzić pieszo, odstawiając wszelkie pojazdy mechaniczne na bok. My dodatkowo latem regularnie biegamy, a zimą jeździmy na łyżwach.

WJ: Nienaganna kondycja jest potrzebna, ale liczy się też nastawienie – zaciętość. Psychika, która pozwala pokonywać przeszkody i iść dalej w chwilach, gdy warunki stają się nieznośne, np. podczas dwóch dni deszczu i błota na górskich szlakach, przez które musieliśmy brnąć. A gdy już się rozpogodziło i schodziliśmy z Gorc, nie było łatwiej: droga zamieniła się w dżdżystą breję. Schodzić ze szlaku nie było sensu, bo musielibyśmy przedzierać się przez chaszcze, a droga wcale nie była bardziej zachęcająca – stopy ślizgały się i zapadały się w błocie. Pokonanie odcinka, który w normalnych warunkach można pokonać w niecałe 2 godziny, zajęło nam aż 4 godziny.

„Zawsze można trochę dalej”

MT: Ostatnim punktem podróży były Rysy. Czy teren wysokogórski wymagał innego przygotowania i podejścia niż długie wędrówki nizinne?

WJ: Odwrócę Pani myśl: długie wędrówki nizinne wymagają właśnie takiego przygotowania jak teren wysokogórski. Wiadomo, że w górach aura może zmienić się nagle i roztropność nakazuje być na to przygotowanym nawet podczas jednodniowego wypadu. Gdy wędruje się tygodniami po nizinach, chcąc nie chcąc, też doświadczy się całego spektrum pogody. Zdobywając Rysy „od zera”, nie trzeba zabierać ze sobą na „atak szczytowy” nic więcej ponad to, co zabrało się do plecaka wcześniej, trzeba go raczej nieco opróżnić.

AJ: Teren wysokogórski rządzi się własnymi prawami. Niezbędne jest przede wszystkim odpowiednie obuwie. Trasę Hel – Częstochowa pokonałam w sandałach, a Częstochowa – Podhale w półbutach, ale w Tatrach musiałam już założyć cięższe, ale i bardziej stabilne buty za kostkę. I to nie tylko dlatego, że podeszwy w poprzednich butach zdeptały mi się do cna... Oprócz tego, w terenie wysokogórskim mogą się nieraz przydać kijki trekkingowe, podczas gdy na nizinnych długodystansowych wyprawach można się bez nich spokojnie obejść.

WJ: Podejście na Rysy na pewno różniło się od poprzednich etapów wędrówki. Wstaliśmy długo przed świtem i wyruszyliśmy ze schroniska Głodówka. Około godziny 8 zameldowaliśmy się w schronisku Roztoka, przepakowaliśmy plecaki i z jednym, odciążonym już plecakiem wyruszyliśmy dalej. W dniu, gdy zdobywaliśmy Rysy, na szczęście panowała w Tatrach dobra pogoda. Byliśmy oczywiście przygotowani na wypadek deszczu i brak sklepów powyżej Morskiego Oka (co przecież nie dla wszystkich odwiedzających Tatry jest oczywiste), ale ślizganie się podczas kilku godzin wchodzenia i schodzenia nie należy do tylko lekko niebezpiecznych zajęć. Nawet będąc właściwie wyposażonym, trzeba przecież uważać na nieuważne kroki innych zdobywców. Przyznam, że gdy schodziliśmy, to przed Czarnym Stawem zmęczenie dało nam się we znaki.

MT: Czy w planach na przyszłość również mają Państwo „dłuższy spacer”?

AJ: Jestem pewna, że jeszcze wiele „dłuższych spacerów” przed nami. W końcu ze swojej pasji się nie rezygnuje...

WJ: Gdy zdobyliśmy Rysy i ogarnęliśmy wzrokiem rozciągający się przed nami krajobraz, zauważyliśmy, że dalej jest Słowacja... Zawsze można trochę dalej...

Małgorzata Tomik

Fot. Ze zbiorów Państwa Jesionek

Oceń ten artykuł
4.70
31

1 komentarz

  • Arek Trzeciak czwartek, 13 listopad 2014 15:38 napisane przez Arek Trzeciak

    Kilka miesiecy temu poznalem dwoch Wegrow idacych z Budapesztu do Santiago de Compostela, a z tamtad do Lisbony:) Coraz wiecej osob udaje sie z Polski w ta trase, chocby kilka lat temu ksiadz ze Szczecina, ktory z tego co sie nie myle dotarl do Finisterre

Zaloguj się, by skomentować