Rozmiar ma znaczenie - efekt czy defekt?

poniedziałek, 14 kwiecień 2014 11:49

Pamiętacie swój pierwszy szczyt w Tatrach? To uczucie, że odkryliście coś nowego, coś co jest warte wysiłku i za trud pokonanej drogi odpłaca się satysfakcją i zupełnie odmiennymi od nizinnych, czarującymi widokami?

Ja pamiętam, jak chyba każdy. Pierwsza wycieczka w Tatry wyryła się w mojej głowie nazwą szczytu Małołączniak. Nic takiego, ale od tej pory zawsze, bezwzględnie zawsze mam ochotę wrócić w góry po więcej i kiedy tylko mam wolny czas, w głowie szumi mi jak mantra „w Tatry, w Tatry, w Tatry…”. Tatry to jednak nie jedna wielka góra, ale cała mozaika możliwości „szczytowania”, dróg, plątanina szlaków, idąc dalej – wyzwania wspinaczkowe, turystyka zimowa, taternictwo i tak dalej, jeszcze dalej.

Kiedy nachodzisz się Ścieżką nad Reglami, powitasz z Giewontem, Kasprowym, Nosalem i Smreczyńskim Stawem, do głowy nieśmiało wkracza system zwany kalkulator, wystukujący nic innego jak liczby. Przed chwilą wspominałeś swój pierwszy szczyt. A teraz przypomnij sobie ten dotychczas najwyższy. Już? Więc teraz możesz się rozmarzyć i pomyśleć o kolejnych celach. Czy one aby też nie są pisane liczbami, nie tylko nazwą?
    
Dokładnie to mam na myśli. Niektórzy już tak mają, że kiedy tylko zaczną odróżniać Tatry Wysokie od Tatr Zachodnich, w ich głowie rusza maszyna do tasowania szlaków. Planując kolejne wyprawy nie można stwierdzić, że oprócz ogólnego poczucia mistycyzmu i estetyki obcowania z górami, nie myśli się kategoriami: najwyższy szczyt Karpat, najwyższy szczyt głównej grani Tatr, najwyższy szczyt dostępny siecią szlaków turystycznych, najwyższy szczyt w Polsce, najwyższy szczyt góry w całości leżącej w Polsce, najwyższy szczyt Tatr Zachodnich…I tak dalej, dalej, dalej. Oby tylko nie do granic absurdu. Cele liczbowe oczywiście nie wykluczają filozoficznego podejścia do Tatr, ale bywa, że przy tym sposobie myślenia pod pewnymi względami nad nim dominują. Czy to efekt, czy defekt dłuższego obcowania z górami?
   
Niestety nieżyjący już Artur Hajzer w jednym z wywiadów powiedział: „(…) przyznam się, że mam podejście sportowe, czyli góra to jest zadanie do wykonania”. Ja uważam podobnie. Chciałabym powiedzieć, że poruszanie się po szlakach to nie wyścigi, ale żeby najlepiej rozłożyć siły „płaskie” szlaki pokonuję szybko, uwagę poświęcam trudnemu terenowi, celowi, zadaniu. Zwracam uwagi na warunki tak, żeby zminimalizować niebezpieczeństwo wybranego celu. A przeżycia estetyczne, mistyka? Przecież nic mnie nie omija. Przeciwnie, mam wrażenie, że kiedy do gór podchodzę w „sposób sportowy”, mogę wydajnie więcej, więc dane mi będzie również więcej zobaczyć. Tempo ma niewiele wspólnego z jakością dostrzegania. Ten styl chodzenia po górach nie wydaje mi się niezdrowy. Wchodzę na szczyt i w głowie nie przyświeca mi myśl „mogłabym tu zostać wiecznie”. Nie. Wchodzę, rozkoszuję się celem i schodzę, myśląc już o kolejnych wyprawach. 
   
Ci którym powyższe stwierdzenia nie przypadną do gustu, niech nie myślą, że próbuję generalizować sprawy etyczne chodzenia po górach. Idea samej wędrówki, „drogi, nie tylko celu”, nie jest mi obca i również ją wyznaję. Odpowiadając sobie jednak w głowie na pytanie, czy sam cel i jego rozmiar ma dla mnie znaczenie, nie będę pruderyjnie odpowiadać że nie ma. A ty, zastanów się na chwilę, co pomyślisz sam do siebie, tak szczerze, gdy ktoś spyta: no co ty, na Rysach jeszcze nie byłeś? To najwyższe miejsce w Polsce, gdzie możesz dotrzeć na własnych nogach…

 

Małgorzata Tomik

Fot. Małgorzata Tomik

Oceń ten artykuł
4.85
7

2 komentarzy

  • Feldetka środa, 13 sierpień 2014 00:01 napisane przez Feldetka

    Ja to traktuję bardziej jako przezwyciężanie samej siebie niż liczenie metrów na szczyt. Nie działa na mnie mnie czyjeś pytanie czy nie byłam na Rysach. Ale jak sama siebie zapytam: no co, ty nie wejdziesz na Rysy? a niby czemu? Wchodź i już! I nawet jeżeli się zmęczę, zadyszę, wypiję wszystkie zapasy wody, które mam ze sobą to i tak udowodnię samej sobie, że dam radę. I tam w końcu wejdę. Oczywiście, na szczycie rozejrzę się dookoła, zobaczę ten widok zapierający dech w piersiach i pomyślę, że warto było, że dałam radę, że udowodniłam sobie, że jestem w stanie to zrobić! Moja samoocena wzrasta, a schodząc myślę o tym, w którym miejscu mnie jeszcze nie było, gdzie chcę się znaleźć i co sobie udowodnić. Czy to, że umiem się trochę powspinać i wejść na Przełęcz pod Chłopkiem czy, że jestem w stanie przejść dziesiątki kilometrów i przejść całą Ścieżkę pod Reglami :)
    Szerokich szlaków!

  • Krzysztof piątek, 18 kwiecień 2014 10:12 napisane przez Krzysztof

    W końcu ktoś mnie rozumie ;) Mama tak samo, widoki, mistycyzm wszystko spoko ale najbardziej kręci mnie męczenie się pod górę nie po to by podziwiać widoki ale po to by ów szczyt zdobyć! A gdy na nim jestem myślę , gdzie dalej, gdzie jutro? Byle dalej, byle wyżej! :)

Zaloguj się, by skomentować