Droga bez odwrotu, cz. II

środa, 08 styczeń 2014 10:16

W drugiej części wywiadu Aleksandra Dzik opowiada o trudnych momentach, które przeplatały się z sukcesami. Dzieli się również refleksjami i zdradza, czy po ataku terrorystycznym, który zatrzymał wyprawę na Nanga Parbat, nadal myśli o powrocie w Himalaje.

MT: Właśnie to jest Twój fenomen, nie robisz takich, nazwijmy to „wielkich przedsięwzięć medialnych”, nie promujesz się natarczywie.

OD: Nie uciekam od mediów, ale się do nich nie pcham na siłę. Są pewne tematy, których nie komentuję, nie czuję się kompetentna z racji tego, że mnie tam nie było. Unikam też wypowiedzi, których się ode mnie oczekuje, a ja wiem, że mają na celu zbudowanie negatywnego wizerunku himalaizmu. Np. po śmierci Artura Hajzera zgodziłam się na wywiad, w którym zadawano mi pytania tendencyjne i oczekiwano, że swoim autorytetem himalaistki i socjolożki potwierdzę tezę dziennikarza. Mój romans z mediami odbywa się na dystans. Staram się nie przekraczać pewnej granicy. Cieszę się, że od ludzi dostaję pozytywne informacje zwrotne. Piszą do mnie, m.in. na Facebooku, gdzie istnieję jako normalna osoba, a nie fanpage, na którym można by mnie lajkować (śmiech).

MT: Jesteś autentyczna. I może to jest przywilej gór, że tam się znajdują ludzie właśnie tacy ludzie?

OD: Tak, bo góry weryfikują ludzi. Być może mnie przed popadnięciem w samouwielbienie chroni paradoksalnie fakt, że to, co odczytywane jest jako moje największe sukcesy, zawsze przychodziło w towarzystwie jakiegoś dramatu, jakiejś otrzymanej od gór lekcji pokory. Tak było właśnie z Pikiem Pobiedy w 2010r. Wprawdzie stanęłam na szczycie jako pierwsza Polka, ale podczas utrudnionego przez załamanie pogody zejścia zmarły trzy osoby z innych zespołów, a nasz kolega doznał bardzo poważnych odmrożeń. Po powrocie miałam raczej poczucie porażki niż sukcesu. Nasza przygoda na Pobiedzie to zresztą jedyny znany mi współczesny przypadek, kiedy media nie dowiedziały się, że w bazie uznano nas już za zmarłych, i nie zostaliśmy „pochowani” z wielkim, medialnym hukiem (śmiech).

MT: Pozwolę sobie zacytować, mówiono, że „nikt nie przeżywa kilku dni na tej grani”.

OD: Tak powiedział szef bazy, kiedy nasz kolega Daniel Piskorz poszedł do niego, żeby wszcząć akcję ratunkową. Na szczęście my już tego samego dnia zdołaliśmy dotrzeć do najwyższego, piątego obozu i zameldowaliśmy się po dotarciu do grupy, która miała łączność radiową. No i media nie dostały sensacyjnego „newsa”. Trzeba pamiętać, że to były też inne czasy, to się zmienia z roku na rok. Kilka lat temu wokół himalaizmu nie było jeszcze takiego szumu.
 
MT: Twoje dotychczasowe osiągnięcia wymagają doskonałej formy, mam na myśli m. in. Elbrus Race na trasie Extreme, sukces wymagał doskonałej kondycji, Ty brałaś w  nim udział zaraz po wejściu na Pik Pobiedy, praktycznie z odmrożeniami.

OD: Ja się śmieję, że biegłam tak szybko, bo wiedziałam, że jak będę biec wolno, to stracę palce (śmiech). A tak poważnie, kluczową kwestią okazała się tam aklimatyzacja. To był pierwszy raz, kiedy na długiej trasie wystartowały kobiety – ja i Masza Khytrykova, z którą później byłam na Gasherbrumie i która, niestety, kilka miesięcy później zginęła. Wystarczy jednak porównać mój czas, 5h 04 min., z czasem Jędrka Bargiela, 3h 23 min. Pomimo że w sportach wytrzymałościowych różnice pomiędzy wynikami kobiet i mężczyzn są większe niż w innych dyscyplinach, to jednak widać, że jest to czas amatorski. Ani ja ani Masza nie byłyśmy profesjonalnymi biegaczkami.

MT: Amatorski czas, ale po pierwsze: osiągnięcie pionierskie, po drugie, zaraz po skrajnie trudnym przejściu na Piku Pobiedy.

OD: Wyprawa na Pobiedę dała mi dobrą aklimatyzację. Z kolei bezpośrednio przed Pobiedą byłam na kierowanej przez Artura Hajzera wyprawie na Nanga Parbat. Troszkę nie byłam gotowa na tą górę, źle rozplanowałam siły. Ale zaszłam dosyć wysoko. Aklimatyzacja z Nangi Parbat być może uratowała mnie na Pobiedzie i pewnie także przyczyniła się do dobrej formy na wysokości pod koniec sezonu, na Elbrus Race.

MT: Właściwie na Nanga Parbat zaszłaś bardzo wysoko.

OD: Tak, ale pomyliliśmy kuluary i wycofaliśmy się gdzieś spod ok. 8000m n.p.m. Podjęliśmy kolejną próbę ataku z Marcinem Kaczkanem, ale ja w obozie IV się nie zregenerowałam, źle się czułam, więc szybko zawróciłam. Marcin wszedł na szczyt. Jednak po trosze cieszę się z tej decyzji, że jednak się wycofałam, bo ona prawdopodobnie przyczyniła się do tego, że zeszliśmy cali i zdrowi.

MT: Ola, czy oprócz wyjazdów aklimatyzacyjnych, masz jakiś szczególny sposób na zachowanie formy?

OD: Tutaj, w Krakowie, głównie biegam, wspinam się. Biegam trochę wyżej, w Lasku Wolskim, gdzie jest trochę lepsze powietrze. Na Błoniach jest za płasko (śmiech) i za duży tłum, nie dałabym rady. Ze względu na smog, może będę jak ci legendarni himalaiści z lat 70., którzy mówili, że mają wieczną aklimę, bo są ze Śląska (śmiech). Staram się też jak najczęściej jeździć w Tatry, zwłaszcza zimą. Teraz mam przed sobą zimową wyprawę… Wszelkie uczestnictwa w zawodach traktuję treningowo. Nie nastawiam się na wygraną, na zaliczenie cyklu zawodów, ale od czasu do czasu mocny wysiłek i element rywalizacji z innymi przydają mi się, daje motywację.

MT: Na ile Twoim zdaniem, w osiąganiu górskich celów, liczy się siła woli?

OD: W zależności od sytuacji, myślę, że ponad 50%. Aczkolwiek jeżeli nie mamy przygotowania fizycznego, które tą wolę pociągnie, to ona sama też nie da rady. W górach wysokich, w himalaizmie, jest to szczególnie ważne, bo w pojęciu „silnej woli” zawierasię bardzo wiele: wszystkie przygotowania, zbieranie środków finansowych i sprzętu, formalności, w końcu sama działalność górska i różne podejmowane podczas niej decyzje, zmaganie się ze zmęczeniem psychicznym i fizycznym, aż po wybory dokonywane w sytuacjach ekstremalnych.

MT: A czy istnieje granica ryzyka, której nie chciałabyś przekroczyć?

OD: Trudno mi powiedzieć, chyba mam taką ilość przeżyć, które złożone razem włączają
u mnie czasem taką czerwoną lampkę. Kiedyś więcej ryzykowałam, teraz jestem bardziej ostrożna. Może nie zrobię przez to jakiś przełomowych rzeczy, ale cenię sobie takie podejście, ponieważ wiem, że chcę żyć. Góry to nie wszystko, ale moje życie jest mocno
z nimi związane. Nie chciałabym, żeby kariera górska wciągnęła mnie na tyle, żebym musiała podejmować kompromisy, których bym nie chciała, jak chociażby zbytnie wejście w romans ze sponsorami, z mediami, które ograniczyłoby moją naturalność, wybór celów i działanie
w takim stylu, jaki mi się podoba.

MT: Jednak można powiedzieć, że cały czas robisz rzeczy przełomowe. Bardzo mało jest w Polsce przewodników, którzy ośmieliliby się wprowadzić kogoś na siedmiotysięcznik. Zwłaszcza kobiet.

OD: Tak. Zdaję sobie też sprawę z ryzyka, jakie niosą ze sobą takie przedsięwzięcia. Pieniądze też byłyby na pewno większe, gdybym zamiast wyprawy na siedmiotysięcznik poprowadziła w tym samym czasie np. dwa trekkingi. Może i nieraz wolałabym na nie jechać, biorąc pod uwagę mniejsze ryzyko. Po takim wejściu przewodnickim, ze względu na wielość obowiązków, wracam do domu dwa razy bardziej zmęczona niż po własnej wyprawie. Ale satysfakcja jest ogromna. Na pewno lepiej wspominam i będę wspominać jedno wejście na siedmiotysięcznik, niż te przykładowe dwa trekkingi.

MT: Ola, czy mogłabyś podpowiedzieć średniozaawansowanym górołazom, jak powinni podchodzić do swojej pasji i jej rozwoju?

OD: Każdy musi wybrać własną drogę. Z jednej strony trzeba słuchać swoich pragnień,
z drugiej, brać pod uwagę swoje możliwości i ograniczenia, fizyczne i chociażby finansowe, bo do pewnego stopnia ich nie przeskoczymy. Warto więc na poziomie średniozaawansowanym zawęzić sobie spektrum działalności. To trudny moment, kiedy trzeba zapytać samego siebie nie tylko co chcę robić, ale też co mogę robić.

MT: W swoim tekście „Droga bez odwrotu. Pik Niepodległości (Lenina), w 2006 roku napisałaś, „z górami jest tak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia”. Czy dzisiaj dalej jesteś takiego zdania? Na co Ola Dzik ma teraz apetyt?

OD: Myślę, że nadal jestem takiego zdania. Pamiętam, gdy wtedy jechałam na Pik Lenina, swój pierwszy siedmiotysięcznik, to idąc na dworzec pomyślałam sobie: Olka, Ty jeszcze teraz możesz się wycofać, ale jak wsiądziesz w ten pociąg, to już wpadniesz w to, jak śliwka w kompot. I to się stało bardzo szybko, ta wyprawa na Pik Lenina była przełomowa. To wtedy stwierdziłam, że to jest coś, czym ja się chce zajmować – góry najwyższe. Teraz koncentruję się na najbliższej wyprawie zimowej na Noszak, na którą wyjeżdżam 10 stycznia. No i cóż… Latem myślę o powrocie do Pakistanu na któryś z pakistańskich ośmiotysięczników. Nie ukrywam, że w dalszej perspektywie moim marzeniem jest również K2.

MT: Rozważasz  powrót na Nanga Parbat?

OD: Gdyby była możliwość otrzymania permitu na działalność od strony Diamir… Nie wiem, czy od razu nie uciekłabym do obozu pierwszego, chcąc uniknąć pobytu w bazie, w której w czerwcu miał miejsce atak terrorystyczny. Tamto miejsce, to, co tam zobaczyliśmy po zejściu, to, co się tam wydarzyło i co spotkało naszych kolegów, w miejscu uważanym za bezpieczne: atak ze strony ludzi, a nie gór… To byłby na pewno trudny powrót, tam do bazy, ale na samą Nangę, powyżej, bardzo chciałabym wrócić. Myślę, że nasi koledzy, którzy tam zginęli, też by tego chcieli.

 

[Część 1]


Rozmawiała Małgorzata Tomik

Fot. Krzysztof Starek

Oceń ten artykuł
5.00
1
Zaloguj się, by skomentować