Droga bez odwrotu, cz. I

wtorek, 07 styczeń 2014 10:55

Aleksandra Dzik. Himalaistka, alpinistka, skialpinistka, zawodniczka w rajdach przygodowych. Na swym koncie ma m.in. wejście na Gasherbrum II. Pierwsza Polka, która zdobyła niebezpieczny Pik Pobiedy i stanęła na wszystkich siedmiotysięcznikach byłego ZSRR.

Za osiągnięcie to uzyskała tytuł Śnieżnej Pantery. Wśród innych jej osiągnięć wymienić można mistrzostwo Polski w skialpinizmie oraz ukończenie jako pierwsza kobieta najdłuższego dystansu zawodów Elbrus Race. Jest międzynarodowym przewodnikiem górskim UIMLA, współprowadzi firmę turystyczną BluEmu.

Małgorzata Tomik: Twoja przygoda z górami zaczęła się od Beskidów.  Droga w Himalaje prowadziła przez Tatry, Alpy, Pamir, Tien-Szan… Ile w tym wszystkim było Tatr? Jaką odgrywały rolę kiedyś, a jaką dzisiaj?

Ola Dzik: Nie traktuję tej drogi jak przejście od najniższych gór do najwyższych. Nawet
w Beskidach można urządzić takie zawody, że człowiek nieźle dostaje w kość. Wspinanie w Tatrach do dzisiaj jest dla mnie treningiem, szkoleniem techniki, traktuję je jako przygotowanie pod kątem wypraw. Zwłaszcza zimą. Latem rzadko mam okazję się wspinać, ponieważ przeważnie… nie ma mnie w Polsce (śmiech). Kiedy inni kończą sezon w Tatrach, ja wracam, rozpoczynając go jakby na nowo, jesienią.

MT: Czyli Tatry nie stały się dla Ciebie „górami drugiego sortu”?

OD: Nie. Zresztą Tatry były szkołą kilku pokoleń najlepszych wspinaczy polskich. Ja zaczęłam z nimi przygodę od skitouringu, wspinania letniego no i oczywiście turystyki wysokogórskiej, która przewijała się już gdzieś w dzieciństwie. Na przełomie liceum i studiów zaczęliśmy z bratem samodzielnie się włóczyć, mieliśmy różne przygody (śmiech), spaliśmy po kolebach...

MT: Właśnie, Ola, Ty jesteś osobą żywiołową, która ruszyła trochę pod prąd. Nie poszłaś klasycznym torem: kurs skałkowy, tatrzański.

OD: Zrobiłam kurs skałkowy tylko dzięki temu, że będąc członkiem klubu Kandahar, Jacek Czech fundował taki kurs osobie, która według niego miała najlepsze osiągnięcia. Załapałam się ja i jeden kolega. W tamtych czasach po prostu nie było mnie stać na kurs skałkowy. Wspinałam się trochę już wcześniej, z bardziej doświadczonymi kolegami. Kurs, zwłaszcza, że prowadzony przez Jacka, na pewno dużo mi jednak dał i nie namawiam ludzi, żeby „przeskakiwali” kolejne etapy. Na kurs zimowy nie było mnie już po prostu stać, przeliczyłam sobie, że trochę dołożę i mogę jechać np. na Pik Lenina. Moje wyprawy były i nadal pod pewnym względem są niskobudżetowe.

MT: Ola, zaczęła się zima, czy Tatry nadal są dla Ciebie atrakcyjne pod względem możliwości uprawiania narciarstwa wysokogórskiego?

OD: Tatry mają oczywiście bardzo dużo do zaoferowania w tej kwestii. Ja zaczęłam uprawiać skialpinizm, kiedy był jeszcze sportem niszowym. Teraz przeradza się trochę w masówkę, ale mam wrażenie, że kumuluje się ona w kilku miejscach, m.in. na Kasprowym.

MT: Ostatnio w bardzo różny sposób komentowana jest rozbudowa sieci narciarskiej pod Łomnicą. Pytanie, czy Tatry, właściwie niewielkie powierzchniowo, można tak eksploatować?

OD: Myślę, że trzeba zachować jakiś złoty środek, między zamykaniem Tatr dla skialpinistów, obok których przecież zjeżdżają i narciarze zjazdowi i pozatrasowi, często w tych samych rejonach, a kompletnym otwarciem się na nich. To trudna kwestia. Na pewno zbyt duża popularność skialpinizmu nie przysłużyłaby się tym górom, przyrodzie i samym ludziom – osoby bez wiedzy lawinowej zapuszczają się czasem w miejsca wysokiego ryzyka.

MT: Wydaje się, że w ostatnich latach panuje tendencja do rozwijania wiedzy lawinowej. TPN ostatnio wydał książkę, gdzie się nie spojrzy, kursy lawinowe…

OD: Zrobiła się wręcz moda na kursy lawinowe. Myślę, że to bardzo dobrze, ale jeżeli narciarstwo wysokogórskie stałoby się w Polsce sportem masowym, byłoby dużo ludzi, którzy albo tego kursu nie zrobili, albo zrobili, traktując go tylko jako formalność. Coś w stylu „kupiłem sobie plecak za trzy tysiące, jeżdżę  w góry kilka razy w roku, mam pieniądze, wydaje mi się, że wiem już wszystko”. Organizm takiej osoby nie jest przystosowany do wysiłku i pokonywania trudnego terenu, a ona sama nie ma tego, co można nazwać „wyczuciem śniegu”, pomimo, teoretycznie, posiadanej wiedzy lawinowej.

MT: Odczuwasz sentyment do jakiegoś szczególnego szczytu, szlaku?

OD: Takim moim ulubionym miejscem jest Hala Gąsienicowa. Bardzo żałuję, że wynikł konflikt pomiędzy TPN a PZA i zamknięto Betlejemkę, która dla osób niedysponujących dużymi środkami, bez samochodu, była doskonałą bazą, zwłaszcza zimą. Halę Gąsienicową cenię sobie za to, że można tam połączyć różne rodzaje aktywności, dobrane odpowiednio do warunków. To jest takie miejsce, w które zawsze chętnie wracam i mam nadzieję, że ta Betlejemka „wróci do nas”.

MT: Wydaje się, że w górach preferujesz zimę.

OD: Tak, na początku bardzo często jeździłam na zawody skitourowe na Halę i na edycje, które odbywały się też przy Moku, na Chochołowskiej, na słowackie zawody jeździło się rzadziej, to wymagało większej organizacji komunikacyjnej, załatwienia samochodu itp.

MT: W jednym z wywiadów przyznałaś, że w okresie, kiedy zaczynałaś przygodę ze zdobywaniem  alpejskich szczytów, doskwierały braki sprzętowe. Mówisz, że same wyjazdy były niskobudżetowe. Czy góry wysokie są dla wszystkich, czy tylko dla tych, którzy mają pieniądze?

OD: Te wyprawy alpejskie były niskobudżetowe, ale nie były spontaniczne. Te dwa pojęcia nie zawsze idą w parze. Ciułanie nawet 300 zł w czasach studenckich kosztowało nas sporo wyrzeczeń, przygotowań. Jednak sprzęt, choć kiepski, to jednak zawsze musiał być odpowiedni do czekających nas warunków i trudności. Nie mówiąc już o treningu fizycznym. Na pewnych rzeczach oszczędzać po prostu się nie da i nie można. Kiedy byłam teraz na Nanga Parbat, wyprawie również niskobudżetowej, niestety przerwanej przez zamach terrorystyczny, moja grupa też podzielała to zdanie: że liny muszą być nowe, atestowane i dopasowane do tego, że jest tu teraz 50 osób, co jest jak na Nanga Parbat dużym obciążeniem, ze względu na ilość trudności w terenie i stromiznę. Ochrzan dostali Nepalczycy, którzy przywieźli ze sobą plastikowe liny. Nie do wykorzystania na tej górze. W tych najistotniejszych kwestiach sprzętowych nie można oszczędzać.

MT:  Nie można też porównywać przeszłości z teraźniejszością, teraz wspinasz się w teamie swojej firmy BluEmu. Odpowiedzialność przewodnicka też wymaga posiadania dobrego sprzętu, wysokiego poziomu profesjonalizmu.

OD: Tak. Choć jeśli chodzi o kwestie materialne, to finansuję się tak jak kiedyś głównie sama. Oprócz BlueEmu, głównego sponsora finansowego w tej chwili nie mam. Posiadam za to sponsorów sprzętowych, współpracuję z firmami Paker, Exploteam, Camp, Negra Sport, pojawiają się też nowe oferty.

MT: Czyli PZA – nie w tym roku?

OD: PZA wspierało mnie na poprzedniej, letniej wyprawie, aczkolwiek teraz, na zimową, jadę za wsparciem miasta Gdynia, a właściwie ufundowanej przez jego władze Nagrody Zawady, którą otrzymałam właśnie na projekt zimowego wejścia na Noszak.
Sponsorzy są ważni i potrzebni. Jednocześnie w mojej idei wypraw niskobudżetowych istotne jest podejście logistyczne, posiadanie „know how”, żeby nie przepłacać. Ja cieszę się, że w pewnych rejonach jadę już „jak po swoje”, znam ludzi i oni mnie znają. Wiedzą, że ze mną, że tak powiem, w kulki lecieć nie można (śmiech).

 

[Część 2]

 

Rozmawiała Małgorzata Tomik

Fot. Aleksandra Dzik (na szczycie Chan Tengri)

Oceń ten artykuł
5.00
1
Zaloguj się, by skomentować