Niesamowita relacja z 6-dniowej wyprawy - zimowy rekord Korony Gór Polski

wtorek, 01 marzec 2016 17:58

Między 10 a 16 lutego br. dwóch śmiałków, Paweł Mazur i Tomasz Podleś pobiło zimowy rekord przejścia całej Korony Gór Polski. Przedstawiamy szczegółową relację z tego wydarzenia:

Rekord zimowej Korony Gór Polski

Pomysł zdobycia Korony Gór Polski w rekordowym tempie wyszedł od Tomka na naszej poprzedniej wspólnej wyprawie, w trakcie której przeszliśmy jednym ciągiem grań Tatr Zachodnich. Na początku myśleliśmy o letniej próbie, jednak różne okoliczności ciągle oddalały nasz plan. W końcu zadzwonił do mnie Tomek i zaproponował, aby spróbować zimą. Bardzo spodobał mi się ten pomysł, w końcu bardzo lubię tę porę roku w górach. Musieliśmy tylko wybrać dobry termin. Przez różne obowiązki jak praca i uczelnia nie byliśmy zbyt mobilni z datą wyjazdu. Obawialiśmy się pokrzyżowania planów przez długie podejścia w śniegu z wiatrem i deszczem. Pozostało nam mieć nadzieję, że pogoda będzie dla nas łaskawa. Trafiło się nam wszystkiego po trochu, ale po kolei :)

Oboje pracujemy na co dzień za kółkiem, toteż nie przejmowaliśmy się zbytnio dwoma tysiącami kilometrów, jakie czekały na nas podczas przemieszczania się między szczytami. W drodze na pierwszy szczyt nasze myśli krążyły wciąż wokół Tatr, gdzie przez opady śniegu i huraganowe wiatry ogłoszono lawinową rosnącą trójkę. Mimo to nie poddaliśmy się i licząc po cichu na poprawę pogody, zmierzaliśmy ku masywowi Ślęży, gdzie według planu mieliśmy zacząć naszą przygodę z najwyższymi wierzchołkami pasm górskich rozrzuconych po całej południowej Polsce.

O północy ruszyliśmy na nasz pierwszy cel - Ślężę (718m n.p.m.) położoną około 40km od Wrocławia. Kolejne były góry Kaczawskie, w których przywitał nas kolorowy konar z butami. Sprawnie odnaleźliśmy szczyt Skopca (724m n.p.m.) znajdujący się kilka metrów od szlaku. Zanim się obejrzeliśmy, ruszaliśmy z Rozdroża Izerskiego na Wielką Kopę (1126m n.p.m.), gdzie o mały włos nie poszliśmy w drugą stronę szlaku. Z tej nocy pamiętam, że gdy byliśmy w samochodzie padał deszcz, a gdy wchodziliśmy do góry opad ustawał, co jeszcze bardziej poprawiało nam nastroje. Czwarta była Śnieżka (1602m n.p.m.) w Karkonoszach, najwyższy szczyt Sudetów oraz jeden ze szczytów Korony Europy. Po około trzech godzinach zameldowaliśmy się z powrotem przy samochodzie i ruszyliśmy dalej, a dokładniej do Czarnowa, gdzie w malowniczych krajobrazach znajduje się Skalnik (945m n.p.m.). Szósty szczyt Chełmiec (851m n.p.m.) w Górach Wałbrzyskich, pokazał nam pazur i straciliśmy o wiele więcej czasu niż się spodziewaliśmy. Wymęczeni przejechaliśmy w Góry Kamienne, gdzie zatrzymaliśmy się w schronisku Andrzejówka. Zjedliśmy smaczne pierożki i wyszliśmy na krótki spacer na Waligórę (718m n.p.m.). Szlak okazał się bardzo oblodzony i trzeba było uważać aby nie zjechać w dół, oczywiście raczki zostawiliśmy w samochodzie. Po zejściu wspólnie zdecydowaliśmy, że odpuszczamy tego dnia ósmy szczyt znajdujący się w Górach Sowich, postanowiliśmy odpocząć i nadrobić kolejnego dnia. W pierwszym dniu odwiedziliśmy ¼ szczytów należących do Korony Gór Polski, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że to dopiero początek.

Drugi dzień od samego początku zaczęliśmy z przygodami. Drogi były śliskie, napadało świeżego śniegu. Przed samą przełęczą, gdzie mieliśmy zostawić samochód i ruszyć na Wielką Sowę (1015m n.p.m.) wyszedłem zbyt wolno z zakrętu, auto przestało przecinać powietrze z prędkością światła jak do tej pory i zaczęło bezwładnie zsuwać się w dół po śliskiej nawierzchni. Łapiąc kawałek pobocza udało się zatrzymać. Tomek nakierowując mnie na wąski pasek ziemi między oblodzonym asfaltem a rowem pomógł mi wjechać do góry. Straciliśmy prawie godzinę, a mieliśmy nadrabiać... Gdy wróciliśmy ze szczytu drogi były już całkowicie przejezdne, więc ruszyliśmy w Góry Stołowe na Szczeliniec Wielki (919m n.p.m.). Kolejnym naszym celem były Góry Orlickie. Przy podejściu trafiliśmy na małą śnieżycę, ale bez problemów dotarliśmy na wierzchołek. Góry Bystrzyckie i szczyt Jagodnej (977m n.p.m.) przywitały nas chmurami. Po 2 godzinach jechaliśmy już do Kletna i z zachodem słońca wyruszaliśmy na Śnieżnik (1425m n.p.m.). Na moment weszliśmy do schroniska. Chwila rozmowy, dobre samopoczucie i decyzja, że szkoda zmarnować noc. W górskich mrokach po cichu zakradliśmy się na Rudawiec (1112m n.p.m.), Kowadło (989m n.p.m.) i Kłodzką Górę 765m n.p.m.) goniąc czas. Rano spotkaliśmy się z Cezarym, znajomym Tomka, w Jarnołtówku, skąd wspólnie ruszyliśmy na najwyższe wzniesienie Gór Opawskich i nasza ostatnią górę w Sudetach, Biskupią Kopę (890m n.p.m.).

Beskidy przywitały nas bardzo śnieżnie. W drodze na Skrzyczne (1254m n.p.m.), po wyjściu z lasu na odkryte tereny, wpadliśmy w wielkie zaspy śniegu, które mocno nas spowolniły. Na domiar złego dalej sypał śnieg, no ale przecież jest zima. Myśl o Pepsi z cytryną na górze w schronisku dodawała mi sił;). Gdy zeszliśmy było już późno, potrzebowaliśmy chwili odpoczynku po 36 godzinach spędzonych na szlaku, więc udaliśmy się do Schroniska Młodzieżowego w Zarzeczu.

Prognozy na Tatry dawały nam kilkugodzinne okno pogodowe za dwa dni, jednak nadal utrzymywała się trójka lawinowa.

Kolejnego dnia rozpoczęliśmy od Czupla (930m n.p.m.) mało przetartym szlakiem. Następnie ruszyliśmy na Babią Górę (1725m n.p.m.). Ładny sobotni poranek przyciągnął wielu turystów, którzy udeptali nam ścieżkę, dzięki czemu nadrobiliśmy sporo czasu. Tego dnia odwiedziliśmy jeszcze Mogielicę (1170m n.p.m.) w Beskidzie Wyspowym oraz Lubomira (904m n.p.m.) w Beskidzie Makowskim. Mieliśmy już „oczko”.

Do tej pory staraliśmy się trzymać sztywno w granicach państwa, nawet gdy nawigacja pokazywała szybsza drogę przez kawałek Czech, nadłożyliśmy kilka kilometrów, aby trzymać się naszego kraju. Jednak lawinowa trójka na szlaku na Rysy (2499m n.p.m.) jasno dawała do zrozumienia, że lepiej będzie jeśli od strony polskiej odpuścimy i spróbujemy sił od Słowacji, mimo iż stracimy bardzo dużo czasu na dojazd. W drodze do Szczyrbskiego Plesa Tomek zauważył, że Słowacy zmienili informację o stopniu zagrożenia lawinowego na dwójkę i obojgu nam pojawił się banan na twarzy. Z premedytacją wyszliśmy późno, dopiero około 10:00. Wiedząc, że mamy tylko kilka godzin okna pogodowego, liczyliśmy, że ktoś wyjdzie przed nami i ubije nam szlak. Mimo późnej pory, żadnych śladów powyżej granicy lasu nie było. Przecieraliśmy około godziny, aż zobaczyłem grupę ludzi schodzących z góry. Grzecznie zapytałem jak warunki na górze i czy byli na szczycie. Widząc moje dwa różne podarte stuptuty, brak rękawiczek (ciepło mi było a dwie pary zawsze mam w plecaku), sportową biegową kurtkę (puch również miałem w plecaku), próbowali mnie nakłonić, że jest późno i że powinienem zawrócić, bo pogoda ma się zepsuć. Uśmiechnąłem się i poszedłem dalej. Tomek idący jakieś 300 metrów za mną słyszał, jak rozmawiali o całej sytuacji i martwili się, że za mało mi nagadali, abym zrezygnował. Ciepło pozdrawiam tę grupkę turystów i oby było więcej takich osób, zwracających uwagę na innych. Przy schronisku ubrałem się cieplej i ruszyłem na Przełęcz Wagę (2337m n.p.m.). Pogoda była idealna. W połowie drogi między schroniskiem, a przełęczą zobaczyłem chmury na niebie oznaczające pogorszenie pogody. Pomyślałem sobie: „Ok, miała się popsuć w końcu, mamy 20 min do szczytu od przełęczy i spadamy”. Po dwóch może trzech minutach, gdy znowu się odwróciłem, pędzące z doliny chmury były już tuż za naszymi plecami, w przeciągu kolejnej minuty byliśmy w kompletnym mleku. Zdążyłem spojrzeć dokładnie na drogę w stronę szczytu i widok z przełęczy, poczekałem na Tomka aby iść obok siebie. Zaczęło bardzo mocno wiać, śnieg już wcześniej był wywiany, więc szliśmy po lodzie. Po około 20 minutach weszliśmy prosto na polski wierzchołek. Obowiązkowe zdjęcia i szybko na dół. Przy samochodzie pogratulowaliśmy sobie nawzajem najwyższego wierzchołka Tatr i ruszyliśmy na Turbacz (1310m n.p.m.) w Gorcach. Niesieni emocjami z Rysów, szybko wdrapaliśmy się na szczyt. Około drugiej w nocy położyliśmy się spać, aby wypocząć chwilę. Przed nami było już tylko pięć szczytów.

Po kilku godzinach miłego drzemania przebudziły mnie pierwsze promyki słońca. Poranek okazał się jednak mniej miły. Nie mogłem w siebie wcisnąć żadnego jedzenia, wymiotując kilka razy. Jednak upragniony cel był zbyt blisko, żeby mogła pojawić się choćby wątła myśl o rezygnacji. Wysoka (1050m n.p.m.) w Pieninach przywitała nas deszczem i chmurami, podobnie jak Radziejowa (1264m n.p.m.). Ciężki, mokry, głęboki śnieg mocno nas spowolnił i kompletnie przemoczył buty. Rakiety mieliśmy, ale w bagażniku samochodu. Po zejściu okazało się, że przebiliśmy oponę. W 6 minut ze stoperem w ręku;) zmieniliśmy koło na zapasowe i ruszyliśmy w stronę Beskidu Niskiego.

Lackowa (997m n.p.m.) - mocne szybkie podejście szlakiem granicznym z Izb. Ze szczytu zeszliśmy do Bielicznej, ponieważ Tomek bardzo chciał odwiedzić stojącą tam cerkiew. Pod nosem dodał: "ciekawe jak będzie z rzeką?". Wyższe temperatury z opadem deszczu spowodowały roztopy. Natrafiliśmy na rzeczkę, którą udało się przejść sucha nogą, jednak niżej woda znów przecięła nam drogę, już w dużo większej okazałości. Przechodząc przez kłodę stanąłem na wystającej gałęzi, która okazała się kawałkiem unoszącego się drewna na wodzie i tym sposobem wpadłem po pas do wody. Rzekę tę przechodziliśmy jeszcze 4 razy, ale już bez większych kombinacji na wprost, przecież i tak wszystko było mokre, a właściwie lodowate;). Droga w Bieszczady wyglądała tak, że zmienialiśmy się za kierownicą co 30 minut śpiąc na zmianę na fotelu obok. Przed Ustrzykami Górnymi o czwartej nad ranem zatrzymała nas straż graniczna, życząc nam powodzenia. Założyłem ostatnie suche buty, moje ulubione letnie biegówki bez bieżnika, o raczkach tym razem pamiętałem i ruszyliśmy na Tarnicę (1346m n.p.m.). Na wierzchołku wiał przenikliwy silny wiatr. Robiąc zdjęcia zaczęliśmy powoli się już cieszyć, zostało nam tylko 350 kilometrów samochodem i 2,5 kilometra szlaku. W drodze w Góry Świętokrzyskie zdążyliśmy odwiedzić jeszcze jedną z najstarszych cerkwi w Polsce, cerkiew w Kruhelu Wielkim, który obecnie jest dzielnicą Przemyśla.

Na Łysicę (612m n.p.m.) dotarliśmy po 158 godzinach i 3 minutach, poprawiając o 3 godziny poprzedni znany nam rekord zimowej Korony Gór Polski z 2013 roku. Do domu wróciliśmy z wielką satysfakcją i szczęściem :)))

Skład: Paweł Mazur i Tomasz Podleś

Start 10.02.2016 godzina 00:00. Meta 16.02.2016 godzina 14:03

Życzymy powodzenia kolejnym śmiałkom i gorąco zachęcamy do zmierzenia się z zimową Koroną Gór Polski. Za pomoc w wyprawie dziękujemy firmie Skład Materiałów Budowlanych, Gmina Łącko - www.woj-tom.pl.

Paweł Mazur, wstęp: Krzysztof Barcik

Fot. Tomasz Podleś

Oceń ten artykuł
4.00
10
Zaloguj się, by skomentować